on
Ystad - Świnoujście
Po dwóch dniach żeglugi choroba morska poluzowała wreszcie swój uścisk i mogłem spędzać dłuższe chwile pod pokładem bez nerwowego zaciskania ust i trzymania w ryzach posiłku, który pchał się z powrotem na świat. Dopłynęliśmy do Ystad o drugiej w nocy. Wiatr już się wzmagał. Nazajutrz wiało już na tyle mocno, że postanowiliśmy zostać cały dzień w mieście a wieczorem, przed zachodem słońca wyjść z portu i obrać kurs na Świnoujście. Przed nami cała noc na morzu… Wypłynęliśmy o zmierzchu. Zapobiegawczo łyknąłem ukradkiem jeden awiomarin. Wiało wciąż mocno, sterowanie było trudne. Na grocie - jeszcze w porcie - założony pierwszy ref. Księżyc był już wysoko, gdy przyszła kolej na mnie i moje pięć mil sterowania (taką obraliśmy jednostkę) - czyli mniej więcej godzinę “za kółkiem”. Gdy na horyzoncie nie ma już lądu, nie widać też chmur trudno trzymać kurs kierując się tylko kompasem. Płyniemy prawie dokładnie na południe, ale rozrzut mam mimo to solidny - przyjajmniej po pięć stopni w obie strony od wytyczonego kursu. W końcu zauważam, że księżyc chowa się dokładnie za czubkiem foka (w niemieckiej nomenklaturze określanym też jako “genua”) dokładnie wtedy gdy jacht jest na kursie. Wiem, wiem - księżyc też się przesuwa - ale przynajmniej na razie łatwiej mi sterować. Skupienie, chłód i zmagania z coraz wyższą falą dają mi się we znaki. Zaklinam licznik by łaskawie odmierzył moje pięć mil. Mimo sztormiaka, czapki, kaptura, kaloszy wiatr znajduje szpary, przez które może mnie wyziębić. W końcu przychodzi zmiana. Podaje nowemu sternikowi kurs i opowiadam o metodzie “na księżyc”. Zostaję jeszcze chwile na pokładzie ale oczy mi się zamykają. Idę spać z nadzieją, że przy takim przechyle i bujaniu w ogóle uda mi się zmrużyć oko. Jakoś się rozebrałem, założyłem prowizoryczną piżamę, wlazłem na koje (spałem na piętrze) i zapiąłem się w śpiworze. Nie wiem jak mi się to udało, bo o tej porze fale dochodziły podobno do trzech metrów. O dziwo zasypiam prawie od razu. Budzę się tylko wtedy gdy uderzam o ścianę albo sufit kajuty. Całe szczęscie nie spadam. Budzę się na dobre po około pięciu godzinach. Na jachcie cicho. Morze jakby spokojniejsze. Wbijam się z powrotem w sztormiak, kalosze i tak dalej i gramole się na pokład. Jest już szaro ale słońca jeszcze nie widać. Odbieram ster od kolegi i zaczynam swoje kolejne pięć mil. Na horyzoncie pusto. Nikogo. Cicho. Słychać tylko jacht i morze. Czasem zdawkowe rozmowy. Nagle pojawia się rąbek słońca i szybko rośnie. Kula wyłania się z wody i jest ciemnopomarańczowa. Nie daje jednak ciepła. Kulę ramiona pod sztormiakiem i drętwieją mi mięśnie karku, ale wschód słońca na pustym morzu wszystko rekompensuje. Widowisko jednak się kończy a moje pięć mil wlecze się niemiłosiernie. Ciepło mi tylko w dłonie w narciaskich rękawicach. Te neoprenowe bez palców można sobie w d… włożyć. Miłosierny licznik w końcu zwalnia mnie z wachty. Podaję kurs zmiennikowi i sztywny jak blaszany drwal schodzę pod pokład. Siadam przy stole, o niczym nie myślę, gapię się przed siebie i tylko czekam aż rozgrzeję się na tyle, żeby założyć pod sztormiak drugi polar.
Dopłynęliśmy do Świnoujścia po ok. 20 godzinach żeglugi.