Wyspa Mon

Jochen był kapitanem enerdowskiej floty handlowej na południowym Bałtyku w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku gdy z dnia na dzień stracił pracę i pozycję. Nie pozwlono mu wrócić na morze. Mógł zostać jedynie palaczem, dozorcą, murarzem. Tylko na to godziło się totalitarne państwo.

Po upadku Muru Jochen zwlekał z wizytą w Instytucie Gaucka. Zdecydował jednak dowiedzieć się z jakiego powodu dwadzieścia lat wcześniej odebrano mu prawie wszystko. Zgodnie z procedurą, w wyniku pierwszej kwerendy wszystkie nazwiska i inne szczegóły osobowe były w dokumentach zaczernione. Jochen poprosił jednak o odtajnienie wszystkiego. Kilka miesięcy później otrzymał dostęp do pełnej wersji swoich teczek. W czasie czytania dokumentów dostał zapaści. Urzędnicy musieli wezwać pogotowie. Z papierów wynikało, że donosili na niego przyjaciele i koledzy z pracy. Donosili sąsiedzi. Donosiła żona.

Rozstał się z rodziną i kupił mały pełnomorski jacht “Niels Holgersson”. Wyremontował go i zamieszkał na nim by w końcu wypłynąć w rejs życia. Zmieniał tylko porty w których cumował. Opłynął samotnie prawie całą północną Europę. Od Cieśnin Duńskich po Kanary.

Po kilku latach wrócił na bałtyckie wybrzeże. Został najemnym skiperem i nauczycielem żeglarstwa. Tak go poznałem. Podczas rejsu z Rugii do Kopenhagi. Jochen prowadził wyczarterowany przez nas jacht i z pewnym powodzeniem uczył życia na morzu.

Miałem wachtę, stałem za sterem. Minęliśmy wyspę Mon, która została za nami tylko jako odległa ciemniejsza kreska. Przed nami na horyzoncie morze zlewało się z jednolicie szarym niebem. Wobec braku jakiegokolwiek punktu odniesienia wpatrywałem się w busolę i starałem się trzymać kurs w lekkim przechyle. Jochen siedział obok w kokpicie. Wiatr szumiał, fale jednostajnie uderzały o kadłub. Obaj milczeliśmy. Straciłem poczucie czasu. “Zobacz” - odezwał się wreszcie - “Morze jest dzisiaj takie przytulne”.

PS. Jochen naprawdę nazywa się inaczej.