Plac St. Josse

Brukselski plac St. Josse z lotu ptaka wygląda jak węzeł zbiegających się w jednym miejscu kilkunastu ulic. Przechodząc przez niego dwa razy dziennie próbowałem je policzyć ale za każdym razem miałem wątpliwości czy aby każda z nich kwalifikuje się do statusu ulicy i czy aby faktycznie dociera do samego placu. Wynik wahał się od dziesięciu do trzynastu. Sam plac jest w rzeczywistości bardzo ruchliwym skrzyżowaniem pełnym niefrasobliwych brukselskich kierowców. Wszystkie wpadające na plac ulice ogniskują się na kościele St. Josse z jego szerokimi schodami wpadającymi na chodnik. Schody pełnią także funkcję dzielnicowej ławki dla wszystkich, którzy wolą zamienić całodzienne patrzenie przez okno z własnego pokoju na całodzienne patrzenie na świat ze schodów kościoła. Ci okoliczni mieszkańcy, którzy nie mają nic innego do roboty a aura, religia czy obyczaj pozwalają im wychylić czubek nosa z mieszkania przychodzą tu, siadają na schodach i przebierają palcami po islamskich różańcach albo wykłócają się głośno o pozostały w Kongu inwentarz.

Plac St. Josse zdaje się być mniejszym, brzydszym i bardziej niesfornym bratem pobliskiego Madou. W przeciwieństwie do dostojnego rodzeństwa, strojnego w drapacze chmur, stacje metra i szerokie aleje wszystkie ściany St. Josse wypełnione są szczelnie sklepikami z najróżniejszym asortymentem najróżniejszego pochodzenia. Są dwa miejsca, gdzie można dostać używane telefony komórkowe, jest salon z szytymi na miarę koszulami rodem z Włoch. Dwa oddziały banków. Sterylna – nijak nie pasująca do otoczenia apteka. Jest samoobsługowa stacja benzynowa, gdzie trzy dystrybutory mieszczą się na powierzchni sporej jadalni. Jest dyskoteka gdzie można potańczyć do disco polo oraz samoobsługowy sklep spożywczy ze zbieraczami drobnych przed wejściem…

Wschodnie odnogi placu bogate są w tureckie bary serwujące przede wszystkim durum czyli różne rodzaje wołowego lub baraniego mięsa zawijane w pszeniczne naleśniki. Smakosze rozpoznają niuanse i wiedzą w którym z kilku mieszczących się w promieniu rzutu kamieniem barów zawijaniec taki ma najlepszy smak a frytki (belgijski dodatek w tureckiej potrawie) są smażone na świeżym oleju. Każdy ze sprzedawców zapewnia, że jego produkty zgodne są z muzułmańskim kodeksem spożywczym halal. Każdy z nich twierdzi także, że konkurencja w najmniejszym stopniu go nie przestrzega.

Na zachodnim krańcu placu jest marokańska piekarnia z najlepszymi w okolicy croissantami. Sprzedawczyni szczelnie owinięta w chustę posiada piękne czarne oczy i długie wypielęgnowane rzęsy. Piekarnia zamknięta jest w czwartki – prawdopodobnie z powodu jakiegoś islamskiego nakazu ale za to tego dnia po drugiej stronie placu rozkłada się targ przypominający polskie odpusty. Straganiarze wydają się bardzo ze sobą zaprzyjaźnieni – noszą sobie nawzajem posiłki w menażkach i częstują herbatą, odwiedzają swoje stoiska, chwalą albo wyśmiewają towar i sprawiają wrażenie, że przechodnie a nawet klienci przeszkadzają im w coczwartkowym wydarzeniu towarzyskim.

Każdego ranka w dzień powszedni ruch na St. Josse jest tak duży, że automaty zmieniające światła na skrzyżowaniu przestają wystarczać. Zastępują je policjanci i obejmują panowanie nad rzeką pojazdów płynącą każdą z trzynastu (?) odnóg placu. Policjantów jest dwoje – to znaczy na jeden ranek przypada jeden policjant, ale przez dziesięć miesięcy widziałem tylko tę dwójkę pracującą przy udrażnianiu miejskiego krwiobiegu. Przyjeżdżają na miejsce potężnymi motocyklami a każde ubrane jest w budzący respekt skórzany kombinezon. On – wysoki, wąsaty, z twarzą wyrażającą łaskawe przyzwolenie na przejechanie przez jego skrzyżowanie. Oszczędny w ruchach – nie ma w nim nic z polskich ulicznych baletmistrzów w białych rękawiczkach – wie doskonale jak krótkim ruchem ramienia powstrzymać napierającą falę samochodów i następującym sekundę później gestem łaski dać sygnał stojącym nad przepaścią krawężnika pieszym, z których każdy jest już spóźniony. Nie ma takiego pirata drogowego ani niecierpliwego piechura, który mógłby wytrącić go z równowagi. Ona – wieku nieokreślonego. Kombinezon i motocyklowy kask uniemożliwiają jakiekolwiek szacunki. Jest władczynią oświeconą i pogodną. Łagodnymi ruchami zachęca do sprawniejszego pokonywania placu. Pobłażającym uśmiechem karci niesfornych uczestników ruchu. Piesi czekają tęsknie na jej gest zezwalający na wejście na pasy, kiwają głowami w krótkim pokłonie gdy ją mijają. Oddają hołd z wdzięczności za bezpieczne przeprowadzenie przez gordyjski węzeł placu. Któregoś gorącego dnia widziałem jak zdjęła kask spod którego wypadł warkocz sięgający pośladków.

Prawie codziennie rano mijałem także kobietę, która sztywnym krokiem przemierzała fragment jednej ze ścian placu. Ciągle ten sam. Tam i z powrotem. Dotykała stopą krawędzi chodnika jak linii mety, robiła gwałtowny zwrot i pędziła z powrotem by kilkaset metrów dalej zrobić to samo. Czasem wchodziła do kongijskiego punktu ksero, który jest także rodzajem międzynarodowej centrali telefonicznej, rozglądała się nerwowo przez kilka sekund, odwracała i wypadała z powrotem na ulicę. Wielka Murzynka za ladą, która łączy ponumerowane kabinki z Czarnym Lądem albo kseruje wszystkie wymagane załączniki do belgijskiej wizy lub choćby pozwolenia na pracę owinięta we wściekle kwiecistą suknię nie zwracała już na nią uwagi. Traktowała ją tak samo jak przejeżdżający za oknem autobus.

Kobieta miała długie, rozpuszczone siwe włosy i brzydką, pobrużdżoną twarz wykrzywioną grymasem niezadowolenia czy zdenerwowania. Czasem głośno mówiła coś do telefonu komórkowego, łatwo jednak można było się zorientować, że z nikim nie rozmawia, że bardzo stara się jedynie przezwyciężyć klątwę szaleństwa i być przynajmniej trochę podobną do tych wszystkich normalnych przechodniów wokół.

W przezroczystej siatce na ramieniu oprócz mnóstwa trudnych do zidentyfikowania drobiazgów miała duży okrągły, plastikowy ścienny zegar. Czasem zatrzymywała się w pół kroku, wyciągała go i długo nastawiała nie pytając jednak nikogo o godzinę i nigdzie jej nie sprawdzając. Wybierała odpowiednią dla siebie porę dnia, chowała zegar do siatki i wracała do swojej pętli dwóch ulic na wschodniej ścianie placu st. Josse w Brukseli.