Grochowska róg Olszyny

To był początek roku szkolnego. Ostatnia klasa podstawówki. Właśnie zaczynała się lekcja. Za oknem trwało ciepłe wrześniowe popołudnie. Ktoś zdążył tylko zapisać na tablicy podyktowany przez nauczycielkę temat gdy usłyszeliśmy łoskot wypadku samochodowego dobiegający z pobliskiego skrzyżowania ulic Grochowskiej i Olszyny. Wszyscy na moment zamarli by po chwili spojrzeć najpierw na okno a później na zamknięte drzwi do klasy. Nauczycielka jednak po chwili ciszy spokojnie podjęła prowadzenie zajęć. Trudno było wysiedzieć gdy do klasy dobiegały dźwięki nadjeżdżających karetek pogotowia i milicji. Słyszeliśmy krzyki i nawoływania. Wyobraźnia pracowała pełną parą jednak wytrwaliśmy grzecznie do samego dzwonka. Kilka minut później byliśmy już na miejscu. Zastaliśmy miejski autobus wbity w tył ciężarówki. Nie było już jednak ani karetek ani radiowozów. Przez powybijane szyby można było zaglądnąć do pustego autobusu, gdzie powyginane poręcze świadczyły o sile uderzenia. Sczepione dwa pojazdy wyglądały jak jakaś wielka rzeźba, artystyczna instalacja a nie miejsce katastrofy drogowej. Bezskutecznie staraliśmy się wypatrzeć jakichś śladów rannych czy ofiar. Rozczarowany odchodziłem już, gdy na popękanej szybie szoferki autobusu spostrzegłem odbicie dłoni… Dłoni zanurzonej wcześniej we krwi. Ten jeden ślad wystarczył. Ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach pobiegłem do domu.