on
Cabanaconde
W Peru są tylko dwie linie kolejowe a połączenia lotnicze są dla zamożnych. Wszyscy podróżują więc autobusami a te docierają wszędzie. Jest to o tyle zaskakujące, że drogi w tym kraju są w większości w opłakanym stanie. Jednak każde andyjskie miasteczko ma swoje autobusowe połączenie ze stolicą prowincji a bardzo często z samą Limą. Drogi są nędzne więc autobusy wloką się niemiłosiernie. Spędzić w podróży dobę to coś zupełnie normalnego. Czas się dłuży, oszałamiające widoki za oknem w końcu powszednieją, czytać na wybojach jest bardzo trudno. Wcześniej czy później pasażerowie, których przypadek posadził na sąsiednich miejscach zaczynają rozmawiać. Dla peruwiańczyków zawsze byłem łakomym kąskiem - szczególnie poza głównymi turytycznymi szlakami. Dla wielu z nich byłem pierwszą osobą o niebieskich oczach i blond włosach jaką widzieli w życiu.
Na ciekawego rozmówcę trafiłem w autobusie wyjeżdżającym z Cabanaconde na krawędzi Kanionu de Colca. Z początku tylko obserwowałem go ukradkiem jak w podręcznym szkicowniku rysował twarze innych współpasażerów. Spostrzegł moje zainteresowanie, przedstawił się i powiedział, że jest nauczycielem sztuki w jednym z gimnazjów w Arequipie. Zaczęliśmy rozmawiać. Szybko przeszliśmy do pytań o to skąd pochodzę, jaki jest mój język ojczysty, ilu mieszkańców liczy Polska - zestaw standradowy. Gdy doszliśmy do tematów polityczno - społecznych zapytał jakie jest główne wyznanie w moim kraju. “Rzymsko - katolickie” - odpowiedziałem. “Naprawdę?” - wydał się zaskoczony - “Nie wiedziałem, że Polska także była hiszpańską kolonią”.