on
Berlin Zoo
Podszedł do mnie gdy zabijałem czas popijając kawę w oczekiwaniu na przesiadkę na berlińskim dworcu Zoo. Wyciągnął rękę z ulotką w sposób który sprawił, że nawet przez moment nie poczułem się zagrożony czy nawet nagabywany. Z jego mowy ciała i pewności siebie dało się szybko odczuć kto jest tutaj gospodarzem a kto jedynie przejezdnym. Szukał gości do swojego hostelu w pobliżu. Najwyraźniej pasowałem do profilu potencjalnego klienta. Kiedy jednak powiedziałem, że niedługo ruszam w dalszą podróż nie odszedł lecz zamówił kawę dla siebie i zaczęliśmy rozmawiać. Po kilku zdaniach w moim wciąż kulejącym niemieckim bezbłędnie odgadł skąd pochodzę. W końcu zapytał czym się zajmuję. Kiedy odpowiedziałem, że jestem programistą spodziewałem się grymasu politowania lub wyrazu twarzy z rodzaju “kolejny odklejony komputerowiec”. Nic takiego jednak się nie stało i dalej rozmawialiśmy po angielsko-niemiecku jakbyśmy znali się znaczeni dłużej niż ostatnie dwadzieścia minut. Kiedy mój kolejny pociąg miał niedługo odjeżdzać zdobyłem się na zapytanie o jego zawód. “Jestem artystą” odpowiedział. “O! A jaki rodzaj sztuki uprawiasz?” drążyłem. “Moja sztuka to życie…” zamyślił się na moment. “Staram się po prostu pięknie żyć”.