Berlin Zoo
Podszedł do mnie gdy zabijałem czas popijając kawę w oczekiwaniu na przesiadkę na berlińskim dworcu Zoo. Wyciągnął rękę z ulotką w sposób który sprawił, że nawet przez moment nie poczułem się zagrożony czy nawet nagabywany. Z jego mowy ciała i pewności siebie dało się szybko odczuć kto jest tutaj gospodarzem a kto jedynie przejezdnym. Szukał gości do swojego hostelu w pobliżu. Najwyraźniej pasowałem do profilu potencjalnego klienta. Kiedy jednak powiedziałem, że niedługo ruszam w dalszą podróż nie odszedł lecz zamówił kawę dla siebie i zaczęliśmy rozmawiać.
Cabanaconde
W Peru są tylko dwie linie kolejowe a połączenia lotnicze są dla zamożnych. Wszyscy podróżują więc autobusami a te docierają wszędzie. Jest to o tyle zaskakujące, że drogi w tym kraju są w większości w opłakanym stanie. Jednak każde andyjskie miasteczko ma swoje autobusowe połączenie ze stolicą prowincji a bardzo często z samą Limą. Drogi są nędzne więc autobusy wloką się niemiłosiernie. Spędzić w podróży dobę to coś zupełnie normalnego. Czas się dłuży, oszałamiające widoki za oknem w końcu powszednieją, czytać na wybojach jest bardzo trudno.
Grochowska róg Olszyny
To był początek roku szkolnego. Ostatnia klasa podstawówki. Właśnie zaczynała się lekcja. Za oknem trwało ciepłe wrześniowe popołudnie. Ktoś zdążył tylko zapisać na tablicy podyktowany przez nauczycielkę temat gdy usłyszeliśmy łoskot wypadku samochodowego dobiegający z pobliskiego skrzyżowania ulic Grochowskiej i Olszyny. Wszyscy na moment zamarli by po chwili spojrzeć najpierw na okno a później na zamknięte drzwi do klasy. Nauczycielka jednak po chwili ciszy spokojnie podjęła prowadzenie zajęć. Trudno było wysiedzieć gdy do klasy dobiegały dźwięki nadjeżdżających karetek pogotowia i milicji.
Kot
Z okna naszego domu widać kawałek zamarzniętego o tej porze roku pola. Twarde jak kamień ziemne bruzdy przykryte są cienką warstwą śniegu. Parę tygodni temu zobaczyłem jak między skibami przebiega piękny czarny kot. Długie, gęste futro i podniesiony dumnie ogon zdradzały szlacheckie pochodzenie. Tymczasem on nie bacząc na metrykę zwyczajnie jak okoliczne pospólstwo łowił myszy. W naszej okolicy takie zdarzenie jest czymś niecodziennym więc donieśliśmy o wszystkim sąsiadom autochtonom. Wieść ruszyła w świat i szybko okazało się, że w sąsiedniej wsi taki właśnie kot wybrał wolność i opuścił ciepły dom oraz pełną miskę.
Plac St. Josse
Brukselski plac St. Josse z lotu ptaka wygląda jak węzeł zbiegających się w jednym miejscu kilkunastu ulic. Przechodząc przez niego dwa razy dziennie próbowałem je policzyć ale za każdym razem miałem wątpliwości czy aby każda z nich kwalifikuje się do statusu ulicy i czy aby faktycznie dociera do samego placu. Wynik wahał się od dziesięciu do trzynastu. Sam plac jest w rzeczywistości bardzo ruchliwym skrzyżowaniem pełnym niefrasobliwych brukselskich kierowców. Wszystkie wpadające na plac ulice ogniskują się na kościele St.
Wyspa Mon
Jochen był kapitanem enerdowskiej floty handlowej na południowym Bałtyku w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku gdy z dnia na dzień stracił pracę i pozycję. Nie pozwlono mu wrócić na morze. Mógł zostać jedynie palaczem, dozorcą, murarzem. Tylko na to godziło się totalitarne państwo. Po upadku Muru Jochen zwlekał z wizytą w Instytucie Gaucka. Zdecydował jednak dowiedzieć się z jakiego powodu dwadzieścia lat wcześniej odebrano mu prawie wszystko. Zgodnie z procedurą, w wyniku pierwszej kwerendy wszystkie nazwiska i inne szczegóły osobowe były w dokumentach zaczernione.
Ystad - Świnoujście
Po dwóch dniach żeglugi choroba morska poluzowała wreszcie swój uścisk i mogłem spędzać dłuższe chwile pod pokładem bez nerwowego zaciskania ust i trzymania w ryzach posiłku, który pchał się z powrotem na świat. Dopłynęliśmy do Ystad o drugiej w nocy. Wiatr już się wzmagał. Nazajutrz wiało już na tyle mocno, że postanowiliśmy zostać cały dzień w mieście a wieczorem, przed zachodem słońca wyjść z portu i obrać kurs na Świnoujście. Przed nami cała noc na morzu… Wypłynęliśmy o zmierzchu.